Jerzy Chmielewski, redaktor naczelny miesięcznika „Czasopis”, odkrywa w cyklu artykułów pomieszczonych w książce „Wierszalin 2.0”, kim naprawdę był Eliasz Klimowicz, znany jako prorok Ilja.
Urodzony właściwie w pobliżu Starej Grzybowszczyzny, bo w Ostrowiu Południowym, Jerzy Chmielewskiskrupulatnie prześledził losy Klimowicza – od narodzin po domniemany czas śmierci. Ostro polemizuje z książką Włodzimierza Pawluczuka „Wierszalin. Reportaż o końcu świata” wciąż zarzucając nieżyjącemu już profesorowi, w młodości pomocnikowi dyrygenta cerkiewnego chóru, jego studia nauk społecznych przy komitecie centralnym polskiej partii komunistycznej. Praktycznie neguje całą legendę nawiedzonego proroka, uzdrowiciela, którego wyznawcy uznali za Mesjasza i chcieli na próbę ukrzyżować.
Dociera do wszelkich dostępnych w dobie wojny hybrydowej z Rosją i Białorusią źródeł, choć nie kryje, że i koncesjonowane przez komunistów białoruska „Niwa” Klimowicza przedstawiała jako osobę nawiedzoną, twórcę sekty. Co istotne nieżyjący prof. Pawluczuk przygotowując się do napisania „Wierszalina” poznał liczne osoby, które Ilię pamiętały, włącznie z ówczesnym proboszczem parafii w Krynkach, który z Klimowiczem utrzymywał ścisłe kontakty. Chmielewski wielką wagę przywiązuje do prywatnego archiwum reżysera Tadeusza Słobodzianka, autora sztuki „Prorok Ilia”, ale też wytrawnego regionalisty.
Autor przyznaje, że Klimowicz we wspomnieniach jawi się jako osoba, która potrafiła zgromadzić poważny majątek, by wznieść w maleńkiej osadzie murowaną cerkiew. I nie wyklucza, że władze państwowe, mimo zwalczania prawosławia, traktowały ją jako wentyl bezpieczeństwa przed komunistyczną agitacją płynącą z Sowietów. Niezwykle ciekawie zaczyna się robić, kiedy okazuje się, że Cerkiew, której Klimowicz przekazał prawo własności do wzniesionej za pieniądze ludzi świątyni, chce się pozbyć wierzącego donatora. Idzie do sądu i… tuż przed wybuchem II wojny światowej cerkiew zamienia się w świątynię katolicką. Dopiero napaść Sowietów na Polskę uruchamia w lokalnych mieszkańcach odwagę, by przepędzić misję katolicką z Grzybowszczyzny. Nie na wiele się to zdało samemu Klimowiczowi. Polskiemu państwu sowicie opłacał się przekazując datki od wiernych na Ligę Obrony Przeciwlotniczej i Przeciwgazowej, szkoły, sierociniec w Supraślu czy szpital w Białymstoku. Honorową odznakę za takie wsparcie przypiął mu osobiście starosta sokólski. O tym, że takich zaszczytów było więcej świadczą zamieszczone w książce fotografie. Łatwo było przewidzieć, że Sowieci mu tego nie darują.
Chmielewski autorytatywnie pisze, że Klimowicz nie uważał się za proroka ani uzdrowiciela. A jednak podaje przykłady ludzi uzdrowionych, uwiecznionych w filmach dokumentalnych, czy nagraniach i reportażach prasowych. Przyznaje, że biedny lud ciągnął do Starej Grzybowszczyzny oczekując cudów, choć dementuje legendę o próbie ukrzyżowania. Za to pod koniec pisze, że poznał praprawnuka Klimowicza – Mirosława Juryło!
Jerzy Chmielewski w zakończeniu podkreśla, że według niego Eliasz Klimowicz nie był postacią groteskową, a setki tysięcy jego zwolenników nie byli sektą. Ta zrodziła się w Ciełuszkach jako ruch tzw. wtorników. A sam Klimowicz za pieniądze swoich zwolenników z uporem kładł podwaliny pod przyszły monaster. Już to wystarczyłoby, żeby trafić na lata do sowieckich łagrów. I tak się stało. Gdzie i kiedy zmarł Ilia – do dziś nie wiadomo. W 1944 roku dobiegałby wszak 80 roku życia.
Kogo ta historia wcześniej zainteresowała, a chciałby poznać ją z innej, zdaje się wiarygodniejszej strony, może sięgnąć po zbiór artykułów opublikowanych jako „Wierszalin 2.0”. Tak, tę historię należało napisać od nowa. I zredagować. Przebrnąć przez te nasycone niechęcią do wcześniejszych twórców legendy Wierszalina treści jest ciężko. Ale czy mamy inne wyjście?
#Zjerzonykulturą – Jerzy Doroszkiewicz
Jerzy Chmielewski – Wierszalin 2.0. Historia, którą należało napisać od nowa
Wydawca: Jerzy Chmielewski