Bo marzenia się spełnia! Mówi doktorant Uniwersytetu.

Ja jestem szczęśliwy. Mimo, że ze śmiercią spotkałem się już niejeden raz. I nie jest ważne, w którym momencie moje życie by się skończyło. Zawsze jestem w jakimś sensie gotowy i spełniony w tym miejscu w jakim jestem.

Rozmowa z człowiekiem o wielu pasjach – doktorantem Wydziału Prawa Uniwersytetu w Białymstoku, mistrzem karate, modelem – Patrykiem Rogerem Zabrockim.

Doktor prawa?

Jeszcze nie otworzyłem przewodu doktorskiego, ale tak, doktorat jest w trakcie realizacji. Co ciekawe, nie do końca jestem humanistą. Umysł mam zdecydowanie ścisły, ale przez te wszystkie lata edukacji ukształtowała się we mnie ciekawość świata. Fascynowały mnie różnice prawne. Powoli zacząłem rozwijać tę ciekawość już na etapie liceum przy okazji Olimpiad z Wiedzy o Społeczeństwie. Dziś, w ramach studiów doktoranckich sam prowadzę zajęcia ze studentami, z każdym rokiem studiów doktoranckich coraz więcej, ponieważ żeby podejść do obrony tytułu doktora nauk prawnych muszę zrealizować określoną ilość godzin wykładowych. W związku z tym w roli nauczyciela akademickiego przybliżam studentom prawo konstytucyjne, ustrój naszego państwa, ustroje wszystkich państw na świecie w szczególności państw demokratycznych.

Mistrz karate?

Uprawiam karate od około 20 lat. Ale zaczynając od początku, najwcześniej trenowałem boks. I moim pierwszym trenerem był dziadek, który był amatorskim bokserem. Obudził we mnie pasję. Później przyszedł film „Wejście smoka” i wtedy na dobre się zaczęło. Mama próbowała namówić mnie na taniec towarzyski, ale już wiedziałem, że to karate jest moim powołaniem. Od tamtej pory marzyłem by zostać “przynajmniej” Mistrzem Polski w karate. Na początku, jak to nowicjuszowi, w ogóle nic mi nie wychodziło. Przegrana za przegraną. Uczyłem się konsekwencji. Uczyłem się, że do marzenia trzeba dążyć, bo samo się nie spełni. Ale też nie tylko o cel chodzi. To jak do tego dążymy, o wiele bardziej cieszy niż krótka chwila na podium. Obserwuję dzieciaki, które obecnie trenuję. Mają dużo zapału, samozaparcia. Ale nawet jeśli są urodzonymi wojownikami mogą nie odkryć najważniejszego. Chodzi o to, żeby stawać się lepszym człowiekiem, żeby dostrzegać czym jest dobro, czym jest zło, czym jest prawdziwa, uczciwa praca, dążenie do celu nie niszcząc innych po drodze, a ich budując. Myślę, że to szczególne ważne w budowaniu męskości u tych małych chłopców. W dzisiejszych czasach wydaje się, że miarą męskości jest siła mięśni albo pieniądza, a w rzeczywistości to wcale nieprawda. Męskość to moim zdaniem odpowiedzialność. W dalszej konsekwencji to także odwaga i związane z nią poczucie godności. Sądzę, że karate jest taką dziedziną sportu, która tego uczy. I do takiego zajmowania „pozycji wyprostowanej”, wobec losu, nieszczęścia, klęski, groźby czy niebezpieczeństwa chciałbym przygotować swoich podopiecznych. Mają po 7 lat, także nie przesadzam zbytnio. Ich treningi to jeszcze w dużej mierze zabawa, ale zabawa też musi uczyć czegoś ważnego – przestrzegania zasad, a od przestrzegania zasad dociera się wreszcie do bycia konsekwentnym i stałym. Prowadzenie szkółki karate wyszło przypadkiem – dokładnie rok temu uległem ciężkiemu wypadkowi, który wykluczył mnie z zawodnictwa, a także Konkursu Mistera Podlasia 2018. Z racji właśnie tego, że jako zawodnik mam przymusowy urlop, zająłem się szkoleniem innych, zrobiłem kurs instruktorski i prowadzę małą szkółkę dla dzieci. Ten ogrom czasu, który powstał, gdy zniknęły treningi odbywane 4 razy w tygodniu oraz pustkę po karate trzeba było jakoś zapełnić.

Mister Podlasia?

Moja dziewczyna zawsze marzyła o tym, żeby wystartować w konkursie Miss, ale brakowało jej odwagi. W 2014 roku casting na Miss Podlasia odbywał się w dniu moich urodzin, a że moim marzeniem było spełnienie jej marzeń, zaciągnąłem ją na ten casting. Lekko się opierała, ale w moje urodziny nie mogła mi odmówić. Została I Vice Miss Podlasia – ogromny sukces, cieszymy się z niego do dziś. 4 lata później, w dniu jej urodzin z kolei, odbywał się casting na Mistera Podlasia. Uznaliśmy, że jest to jakiś znak i teraz pora na mnie. Konkurs okazał się świetnym przeżyciem również dla mnie, poznałem w tym czasie wspaniałych ludzi, zyskałem wielu przyjaciół, z którymi utrzymujemy kontakt. Niestety przed samą galą Mistera Podlasia 2018, na Mistrzostwach Polski w karate doznałem kontuzji – pękła mi nerka. Właśnie minie rok od wypadku, nie mogę jeszcze trenować, bo wypadek był niemal śmiertelny, ale po wyjściu ze szpitala dostałem propozycję: „Wystartuj jeszcze raz. Spróbuj w przyszłym roku. Niech ta historia ma szczęśliwe zakończenie. Niech ludzie, którzy się wzruszyli Twoją historią zobaczą, że warto walczyć o marzenia”.

Ale jak ty to wszystko robisz?

Wiele osób mnie pyta jak to robię, że łączę tyle zdawałoby się przeciwstawnych dziedzin – naukowiec i sportowiec, albo katolik i mister. Uważam, że trzeba być wewnętrznie spokojnym. Dzięki temu można wszystko łączyć i nic się ze sobą nie kłóci. Moim marzeniem zawsze było zdobycie tytułu Mistrza Polski w karate i udało się nawet z nawiązką. Kolejnym moim marzeniem jest zdobycie tytułu Mistera Podlasia. Często się zakłada, że ludzie robią takie rzeczy tylko i wyłącznie dla siebie, a sam konkurs to „rewia próżności”. Ja robię to, żeby się rozwijać. Im bardziej się rozwijam tym bardziej jestem w stanie pokazywać innym, że warto dążyć do celu, warto zdobywać góry. To co chciałbym przekazać to to, że jeżeli mamy jakiś cel, a na naszej drodze stoi przeszkoda to… trzeba ją przejść. Warto zrobić to razem z Bogiem, warto z miłością. Uczę się tego od Matki Bożej, w Rycerstwie której mam zaszczyt służyć. Wiem, że to Opatrzność czuwa nade mną i też dzięki niej te wszystkie marzenia udaje się spełniać. Dlatego wszystkie moje zwycięstwa to nie tylko postawienie pucharku na parapecie. Wokół tego coś kwitnie. Może to się stanie na uczelni, w sekcji karate albo w tym artykule. Tym rozkwitem może jest dziecko, które zaczyna być aktywne. Może to, że ktoś zobaczy, że szczęście trzeba sobie po prostu wypracować, a już sama praca nad nim, dążenie do niego zaprowadza ład. Ja jestem szczęśliwy. Mimo, że ze śmiercią się spotkałem już niejeden raz. I nie jest ważne, w którym momencie moje życie by się skończyło. Zawsze jestem w jakimś sensie gotowy i spełniony w tym miejscu w jakim jestem. Staram się żyć w przyjaźni z każdym. Nawet z tym, kto mnie nie za bardzo lubi. Wiadomo, że nie da się być lubianym przez wszystkich. Jak mówi współczesna klasyka: nie jestem zupą pomidorową, żeby każdy mnie lubił.

Ja nie lubię zupy pomidorowej…

Właśnie o tym mówię, nie da się każdego przekonać do siebie! Na szczęście zawsze są rzeczy, które nas łączą, na przykład na pewno oboje lubimy Białystok. Jako lokalny patriota cieszę się, że mieszkam właśnie tutaj. Tu czas płynie inaczej. Jest spokojnie. Mam nadzieję, że konkurs na Mistera Podlasia posłuży mi jako narzędzie do promowania Białegostoku.

A dlaczego wołają na ciebie Łysy Mister?

Chyba wystarczy na mnie spojrzeć! Ogoliłem głowę na łyso i muszę stwierdzić, że jest to bardzo komfortowa i sportowa fryzura. Ponoć im facet bardziej łysy – tym zabawniejszy. No, a śmiechem żartem, nigdy nie było łysego Mistera!

 

Autorka: Aleksandra Dziwińska
Uczę się w Liceum Ogólnokształcącym Politechniki Białostockiej i spędzam tam 40% mojego wolnego czasu.
Kolekcjonuję porcelanowe lalki. Dużo piszę. Głównie programy, ale proza też się zdarza.
Dużo czytam. Głównie fantastykę, ale podręczniki również. Nocami czytam mangę i oglądam TVGry.
Dniami uczę się informatyki i gram na komputerze. No i wcinam fastfood’y…”

Foto Maksymilian Kowalewski oraz prywatne archiwum Patryka Zabrockiego.