BTL. Jacek Malinowski wyreżyserował Pręcik. Malina Prześluga uczy wybaczania

Czy czasem każdy z nas nie czuje się, jak stary, dziurawy kapeć? Właściwie jeszcze jest potrzebny, ale w każdej chwili może trafić na śmietnik. Nawet jeśli ostatkiem sił ogrzewa kochane stopy. Tak mogą czuć się postaci kreowane przez dojrzałych aktorów w najnowszej sztuce na deskach Białostockiego Teatru Lalek „Pręcik”. Sztukę Maliny Prześlugi wyreżyserował Jacek Malinowski.

Któż lepiej, jak nie dyrektor, zna aktorów kierowanego przez siebie teatru? Nic zatem dziwnego, że w roli lekko zgorzkniałego kapcia prawego Jacek Malinowski obsadził Pawła Szymańskiego, zaś w roli lewego, w dodatku dziurawego, Grażynę Kozłowską. Jak oni do siebie pasują, a teksty włożone im w usta przez Malinę Prześlugę są przepyszne. Tak samo zresztą, jak słowa Iwony Szczęsnej – Poduszki, że jest zwyczajnie za miękka. Cudowna zabawa słowami i sytuacjami w połączeniu z niebywałą plastycznością Michała Jarmoszuka tworzy wspaniałą postać zapatrzonego nieco na siebie Pana Drrr…, czyli Budzika. Jest też moment zaskoczenia, pierwszy zwrot akcji, kiedy to właśnie ruchliwy jak sprężynka Budzik odnajdzie Łysego Joe – starego misia, który pędził swój żywot autsajdera pod łóżkiem.

ZOBACZ GALERIĘ (29 zdjęć)

Ach ten Joe! Z posturą Błażeja Piotrowskiego, w poszarpanym odzieniu, starych glanach wygląda na rasowego buntownika. Ale w istocie jest tylko skrzywdzonym dużym chłopcem. Na nic zda się ucieczka poza scenę (dobry pomysł reżysera), siła przyjaźni zawróci go na właściwą drogę. Drogę na ratunek dziewczynce, która trafiła do szpitala. Od momentu, kiedy przedmioty trafią do torby, spektakl nieco się zmienia. Pojawia się dodatkowa postać, która z kamerą przybliża podróżujących w wyimaginowanej ciemnej torbie przyjaciół do szpitala. A w szpitalu? Kiedy dziewczynka zanika, robi się coraz bledsza, przedmioty starają się ją rozbawić. Tu reżyser posłużył się modną ostatnio kamerą wideo, z której Błażej Piotrowski rzuca obraz na niewielki ekran, przez większość spektaklu podpowiadający widzom, że podglądają sekretne życie przedmiotów przez dziurkę od klucza. Aktorzy animują rekwizytami w wymiarze mikro, my widzimy je w powiększeniu, acz niekoniecznie wyraźnie. Niesamowite wrażenie robi za to scena w której Mirosław Janczuk, z megafonem, zaciąga taśmę, oddzielając widzów od sceny, a może od miejsca śmierci?

„Pręcik” pozostawia otwartym pytanie, czy dziewczynka wyzdrowiała, czy Łysy Joe, miś obrażony na nią, za porzucenie pod łóżkiem, wybaczył jej, ale nie był w stanie zatrzymać umierania. Zdążył, by razem udać się tam, gdzie jest wiele kolorów… Czy zabrali ze sobą jasiek. Bo jak mówi tekstem Maliny Prześlugi Poduszka, kolorowe sny można mieć tylko śpiąc z jaśkiem. Czy każde dziecko zrozumie zakończenie, czy będzie ono pretekstem do poważnej rozmowy o odchodzeniu, umiejętności wybaczania, ale i wspólnego działania – to już kwestia rodziców. „Pręcik” to na pewno bardzo dobry tekst, który dał reżyserowi pole do wielu interesujących zabiegów formalnych z bardzo plastycznym wykorzystaniem potencjału Izabeli Marii Wilczewskiej na początku spektaklu. Czegoś jednak zabrakło.

#Zjerzonykulturą – Jerzy Doroszkiewicz

ZOBACZ GALERIĘ (29 zdjęć)

× W ramach naszego serwisu www stosujemy pliki cookies zapisywane na urządzeniu użytkownika w celu dostosowania zachowania serwisu do indywidualnych preferencji użytkownika oraz w celach statystycznych.
Użytkownik ma możliwość samodzielnej zmiany ustawień dotyczących cookies w swojej przeglądarce internetowej.
Więcej informacji można znaleźć w Polityce Prywatności
Korzystając ze strony wyrażają Państwo zgodę na używanie plików cookies, zgodnie z ustawieniami przeglądarki.
Akceptuję Politykę prywatności i wykorzystania plików cookies w serwisie.