Galeria im. Sleńdzińskich w Białymstoku. Magia zielonego oka, czyli dostrój się do sztuk pięknych

Nowe wystawy, otwierane wirtualnie, nawet z najbardziej wybitnymi dziełami sztuki i najważniejszymi, najbardziej zaangażowanymi artystami, nie zastąpią intymnego kontaktu ze sztuką. Dzięki niezmordowanej pracy Galerii im. Sleńdzińskich możemy jednak owej sztuki dotknąć namacalnie, doświadczyć, a w dodatku wyobrazić sobie, jak to było w czasach bez internetu.

Bez internetu, ale już z radiem. Na przykład taką „Stolicą”. Ciężkie toto było, w solidnej, drewnianej obudowie. Tak naprawdę – niezły mebel. Czy tylko mebel? Raczej magiczne pudło, które włączone, szczególnie po zmroku, kusiło płytką z przyczernionego szkła, na której jaśniały nazwy znajome – Warszawa, Wrocław, Katowice i te egzotyczne Nicea, Monte Carlo, czy mityczny Luksemburg. Wielkie pokrętła z błyszczącymi elementami służyły do zgłaśniania, wyboru barwy dźwięku, rodzaju łapanych fal i wreszcie szukaniu częstotliwości. W dostrajaniu pomagała lampa elektronowa EM4 – sławne magiczne zielone oko, które jarzyło się do słuchacza uśmiechem luminoforu, kiedy udało się złapać dobry odbiór. I właśnie do takiego lampowego radia nawiązuje oprawa graficzna książki wymyślonej przez Joannę Szmidt ze wspomnianej Galerii im. Sleńdzińskich. Niezrównany Bogdan Suprun jako motyw solidnej jak wspomniane radio „Stolica” okładki przyjął owo szkło za którym poruszała się na cienkiej lince wskazówka zatrzymująca się przy mniej lub bardziej egzotycznych nazwach miejscowości, z których płynęły do słuchaczy fale eteru. W wypadku księgi „Białostoccy mistrzowie sztuk pięknych na falach eteru” miast egzotycznych nazw, uważny czytelnik dostrzeże tytuły rozdziałów, nazwiska dziś dla wielu może równie egzotyczne, jak ów Luksemburg w komunistycznej Polsce, a numery stron udają częstotliwości. Pomysł, kiedy się już na niego patrzy – zaiste prosty, ale wręcz genialny. Ba, dla fanów radia, a sądzę że do nich należycie – wręcz wzruszający.

Kiedy w połowie lat 90. XX wieku, w znanym wówczas sklepie fonograficznym w schronie przy Lipowej zaczęliśmy z przyjaciółmi zbierać takie stare radioodbiorniki, fani dźwięku z płyty kompaktowej sami przynosili przepiękne modele. Dla wielu nie miały wówczas wartości, a pomysł muzeum retro dopiero kiełkował. Przy Węglowej wciąż jeszcze można było przymierzać mundury moro, tyle że już z innymi orzełkami. Teraz – takie radio to rarytas dla kolekcjonera, a dla wielbicieli pięknych książek – takim rarytasem jest właśnie najnowsza publikacja galerii. Jeśli dodam, że grzbiety kart są właśnie zielone, zaś w środku znajdziemy piękne portrety zapomnianych dziś często twórców i reprodukcje ich dzieł – już rozumiecie, że dzieło to wyjątkowej urody. Ważne z jeszcze jednego powodu. Bo to zapis owoców pracy naszych radiowych kolegów z Polskiego Radia Białystok.

Reportaż to sztuka piękna, niełatwa, aczkolwiek ulotna, jak cała praca radiowca. Oczywiście są archiwa, zapisy, dzięki nim zresztą ten album mógł powstać, ale czy zawsze mamy czas szukać podcastów, by usłyszeć te głosy. Wychowani w kulturze obrazkowej, chętniej zwrócimy uwagę na słowo towarzyszące fotografiom, niż dobiegające nas z radia dźwięki – szczególnie kiedy nie są li tylko rozrywkową muzyką. W tej książce mamy utrwalonych nie tylko mistrzów sztuk pięknych, ale także czarodziejów eteru. To nieżyjąca już Teresa Kudelska, zmarły przedwcześnie dziennikarz, ale też świetny poeta Wiesław Szymański. Słyszymy też głos legendarnego w Białymstoku krytyka sztuki i wielkiego przyjaciela artystów – Andrzeja Koziary. No i głosy ich samych. Nieżyjących już fotografów – Wiktora Wołkowa, czy Marka Doleckiego i malarzy. Jerzego Lengiewicza, Tadeusza Bołoza, Wiktora Gutkiewicza. Przy zapisie audycji Olgi Gordiejew-Pobot o spotkaniu z Henrykiem Rogozińskim – nestorem szlachetnej techniki fotograficznej zwanej gumą wartością samą w sobie – oprócz fantastycznych reprodukcji, są przypisy. Na przykład faksymila artykułu z tygodnika „Przyjaciółka” z roku 1949, gdzie narysowano, jak zrobić prosty aparat fotograficzny. Co było potrzebne? Pudełko i pełniąca rolę obiektywu soczewka. W piśmie z wykrojami dla kobiet doradzano wizytę w sklepie optycznym. Taka soczewka miała w 1949 roku kosztować nie więcej niż 300 zł. Rogoziński wspomina, że wykorzystał stare szkło od okularów, filmy wywoływał w talerzach cioci, ale mu coś wychodziło i tak zaczął się jego trwający do końca życia flirt z fotografią. Nie ma go z nami już 17 lat, a głos pozostał w archiwum Polskiego Radia Białystok. Portret i kilka świetnych prac znajdziemy właśnie w albumie „Białostoccy mistrzowie sztuk pięknych na falach eteru”.

Wydawnictwo to ważne, a jednocześnie wyjątkowej urody. Czekając na zieloną wiosnę, wyobraźcie sobie, jak mruga do was swoim zielonym okiem radio i dostrójcie się do lektury o sztukach pięknych poznając przy tym sztukę reportażu.

Polecam – #Zjerzonykulturą – Jerzy Doroszkiewicz