IPUMS, łapówki, Cambridge i „grantoza” Czyli jak zdobywać informacje w XXI wieku?

Pełna zaskakujących faktów rozmowa z historykami z Centrum Badań Struktur Demograficznych i Gospodarczych Przednowoczesnej Europy Środkowo-Wschodniej Uniwersytetu w Białymstoku i Instytutu Historii i Nauk Politycznych Uniwersytetu w Białymstoku.

O tym, w jaki sposób szukają źródeł historycznych, opowiedzieli nam: dr hab. Marzena Liedke – prof. UwB, dr Piotr Guzowski, dr Radosław Poniat i dr hab. Krzysztof Boroda.

Część II rozmowy

Przeczytaj część I.

Czy mechanizm utrudniania dostępu do źródeł historycznych funkcjonuje na całym świecie?

Różnie z tym bywa. Większość instytucji ma raczej skłonność myślenia z perspektywy: „my”, a nie: „użytkownicy”. Choć można podać przykłady dużych projektów, takich jak projekt IPUMS, które zakładają pełen dostęp do danych. IPUMS to projekt stworzenia bazy spisów ludności. I współczesnych i historycznych. I robią to Amerykanie, związani z pewnym ważnym ośrodkiem badań. Oni zdigitalizowali wszystkie spisy ludności Stanów Zjednoczonych, masę spisów ludności z całego świata. Teraz wreszcie pojawiła się tam Polska, dziesięcioprocentowe próby spisów. Ale przez wiele lat danych z Polski tam nie było. Była np. Ukraina, Chiny, Kenia, a Polski nie było. I żeby była jasność, to nie są spisy z nazwiskami. Są natomiast wszystkie pozostałe dane. Więc można na ich podstawie przygotowywać jakieś analizy, a to jest ważne dla demografów. Steven Ruggles, który to nadzoruje, zapewnił badaczom z całego świata ogromny zestaw danych. I wszyscy mają do tego dostęp. Trzeba się tylko zalogować. Większość analiz, które teraz powstają na temat tego, co się dzieje z populacją ludzi na Ziemi – opiera się na bazie danych z IPUMS właśnie.

A jak jest na wschodzie Europy?

Dla nas jest bardzo ważny dostęp do danych, które są na wschodzie właśnie. W archiwach Litwy, Białorusi, Ukrainy. I tam też zmienia się polityka dostępu do źródeł historycznych. Przez wiele lat był tam problem z dostępem do materiałów. Obecnie to się zmienia na lepsze. Na Litwie na przykład w archiwach państwowych można dziś samemu robić zdjęcia materiałów. To ułatwia pracę. Choć nie wszędzie to obowiązuje. W oddziałach bibliotek, gdzie są działy rękopisów czasem trzeba zamawiać skany. I nie dostanie się całości materiałów. Tylko na przykład 2/3 zawartości. Dostęp do nich nie jest zwykle tak drogi, jak w archiwach kościelnych w Polsce, ale np. w dziale rękopisów Biblioteki Uniwersytetu Wileńskiego kosztuje to koło 5 euro. Więc dużo.
Na Ukrainie, czy na Białorusi zaś – bardzo długo trzeba było dawać łapówki. Teraz to się już zmieniło. Dawno temu, kiedy wyjeżdżaliśmy na wschód, chociażby do Rosji, do Petersburga – uprzedzano nas, żeby mieć ze sobą odpowiednie nominały dolarowe. Kiedyś jeden z dyrektorów archiwum przygotował nam skany dokumentów i wystawił rachunek. Mieliśmy na te działania finansowanie z grantu. Wystawiono nam rachunek na kwotę 150 dolarów. Ale żeby oni wywiązali się ze swego zobowiązania, musielibyśmy dodatkowo zapłacić łapówkę wysokości 500 dolarów… Innym razem usłyszałem, że abym mógł wejść na dwa dni do danego archiwum, muszę pomóc im kupić brakujące tonery i drukarkę. Teraz już takich sytuacji nie ma. Natomiast nadal są pewne ograniczenia. Nie dostajemy pozwolenia na skanowanie całych dokumentów, albo dowiadujemy się, że są obecnie w złym stanie w konserwacji. I okazuje się, że jechaliśmy do danego archiwum na próżno.
Co jest bardziej przydatne do prowadzenia badań: duży budżet, czy szerokie kontakty?
Kiedy ma się duży budżet, można sobie zaoszczędzić na kontaktach… Kiedy nie ma się pieniędzy, kontakty stają się kluczowym elementem.

Nauka bez pieniędzy się nie rozwinie?

Nie na długo. Powiedzmy tak, jeśli chcemy prowadzić badania historyczne, które umieszczają Polskę w pewnym kontekście europejskim, jeżeli chcemy pokazywać te wyniki badań publicznie, na zachodzie – bez pieniędzy, bez finansowania z grantów – nie mamy szans. Nasz roczny budżet na wyjazdy z różnych grantów, na dziesięcioosobowy zespół, jest trzykrotnie wyższy niż budżet całego naszego Wydziału, gdzie pracuje 90 pracowników. To kwota rzędu 200.000 – 300.000 zł rocznie. Na Wydziale, ogólny budżet wyjazdowy dzielony jest na 90 pracowników, co daje około 700 zł dla jednej osoby. Co może zdziałać badacz za 700 zł rocznie?
Pewnym naszym ograniczeniem jest też to, że ludzie całą swoją karierę naukową opierają na jednym ośrodku. To ma swoje zalety, ale ma też i wady. Ludziom z czasem nie chce się wyjeżdżać: na seminaria, czy na konferencje do innych miast, za granicę. Trochę się też obawiają weryfikacji swojej wiedzy na zewnątrz i poddawania się surowym recenzjom.W takim przypadku może się okazać, że nawet te 700 zł nie będzie wykorzystane.

W jakim kraju najlepiej byłoby być historykiem?

Pewnie tam, gdzie jest najlepsza biblioteka i najlepiej zachowane źródła rodzime… Ale to, że się zajmujemy historią Polski sprawia, że chcemy pracować na naszych źródłach. Natomiast nie da się tego robić tylko w Polsce. Z naszej perspektywy najlepsze biblioteki w Europie są w Anglii. Co roku jeździmy więc do Cambridge. Co nie znaczy, że gdzie indziej nie ma dobrych bibliotek, np. w Paryżu, czy Berlinie. Natomiast z naszej dziedziny najlepszy dostęp do źródeł historycznych jest właśnie tam. I naszą ulubioną biblioteką jest Główna Biblioteka Uniwersytetu w Cambridge. A gdyby nie projekty, gdyby nie granty, które pozyskujemy – nie udałoby się nam tam tak często jeździć.
Tam się świetnie pracuje pisząc. Zazwyczaj pracujemy pół dnia pisząc, a pół dnia robiąc zdjęcia. I ten z nas, kto wyjeżdża – cały zebrany tam materiał wrzuca na nasz wewnętrzny serwer i wszyscy z tego korzystamy. W ten sposób każdy dzieli się tym, co zdobył na wyjazdach z innymi.
Trzeba przyznać, że bez środków z naszych projektów– nie dałoby się zbyt często wyjeżdżać w poszukiwaniu źródeł i literatury. I to, co niektórzy koledzy historycy, pogardliwie nazywają: „grantozą – nam naprawdę ułatwia życie. Nam granty dają możliwość rozwoju. Dają też możliwość rozwoju doktorantom. W ten sposób dajemy szansę sobie i innym.

Rozmawiała Magdalena Gołaszewska
fot. MG