Międzynarodowy Dzień Jazzu – 30.04.2021. Tyrmand, Komeda, Stańko, EABS i inni

Międzynarodowy Dzień Jazzu - 30.04.2021, fot. Jerzy Doroszkiewicz

Czy uwierzycie, że UNESCO dopiero w listopadzie 2011 ustanowiło Międzynarodowy Dzień Jazzu? I nawet jeśli na co dzień nie słuchacie tej muzyki – trudno nie wiedzieć czym jest jazz? Ano właśnie – czym?

Zacznę może od anegdoty, zresztą zupełnie prawdziwej. Czy zdradzę przy tym jakąś tajemnicę wojskową? Kto wie. A jeśli już to co najwyżej dawno już nieistniejącego Układu Warszawskiego. Otóż w odległej galaktyce PRL-u w Ośrodku Szkolenia Służb Kwatermistrzowskich w Grudziądzu tradycją każdego turnusu podchorążych było posiadanie zespołu muzycznego. A ten cieszył się różnymi przywilejami. W zamian za granie piosenek mniej i bardziej ogólnowojskowych był na przykład zwolniony z wart czy szorowania wspólnych toalet. Skład na jaki trafiłem w owym czasie był wyborowy. Świetny wokalista w typie Staszka Soyki, nota bene nazywający się Artur Słowik, basista kultowej już wówczas grupy Made In Poland Piotr Pawłowski, czy saksofonista Dzieci Kapitana Klossa – Tomasz Bachorz to był skład co się zowie. Za bębnami siedział Budzyński, ale nie ten z Armii, tylko sympatyczny kolega Janek. „Już na pierwszej próbie okazało się, że całe doświadczenie Janka polega na siedzeniu obok perkusisty na jakimś weselu” wspomina Piotr Pawłowski. A jednak, kiedy komendantowi ośrodka zaprezentowaliśmy po kilkunastu próbach na przykład wersję reggae partyzanckiej pieśni „Deszcz jesienny”, z sekcją dętą i Janem za bębnami – usłyszeliśmy że za dużo dżezu w tej muzyce. Ale on tak mówił na perkusję jako instrument. Sam był warszawskim powstańcem i zdaje się, wiedział o jazzie więcej, niż chciał zdradzić.

Warto zatem pamiętać, że w Polsce międzywojennej też jazz miał się dobrze, a wiele swigujących songów, szczególnie w kinowych przebojach na przykład taki „Sex appeal” wykonywany przez Eugeniusza Bodo to przecież fantastyczny temat jazzowy. Podobnie przeboje Kabaretu Starszych Panów. Jerzy Wasowski komponował rewelacyjne melodie, których nie powstydziłby się Cole Porter. Tak ten Cole Porter od „Love for Sale”. I tego samego „Love for Sale”, które fanom disco przypomniała w 1977 roku grupa Boney M.

W dwudziestowiecznej Polsce jazz przeżywał lata chude i tłuste, zresztą – jak my wszyscy. Potępiany przez komunistów grywany był w katakumbach. Gorącym orędownikiem jazzu był charyzmatyczny Leopold Tyrmand, chociaż pisząc do dziś chętnie wznawianą książkę „U brzegów jazzu”, bardziej ekscytował się bluesem i dixielandem niż muzykowaniem Krzysztofa Komedy. Ale przypomnijmy – książka – esej ukazała się na fali październikowej odwilży. Tymczasem jazz wkradał się na salony, do telewizji, a sam Krzysztof Komeda, a wraz z nim Tomasz Stańko i wielu innych znakomitych muzyków podbijało sale koncertowe Europy. Komeda mógł stać się gwiazda Hollywood, o jego losie zdecydował nieszczęśliwy wypadek. Nieźle poradzili sobie w Stanach Michał Urbaniak i Urszula Dudziak.

Jazz przestawał mieć szczęście w Polsce, kiedy przy kolejnych rządowych poluzowaniach, radio mogło puszczać najpierw rock and rolla Elvisa Presleya, a później The Beatles i rodzimy big bit. W latach 60. XX wieku pojawił się dość trudny do strawienia dla fanów rocka free jazz, by pod koniec  epoki dzieci kwiatów i nie bez udziału wielkiego wizjonera gatunku Milesa Davisa, nie zacząć flirtu z rockiem. I kiedy z anteny Radia Akadera całkiem niedawno usłyszałem przebojowy „Birdland” Weather Report z saksofonem Wayne Shortera – tego samego, który z Davisem zagrał na przełomowych „Bitches Brew” wiem, że hasło mamy wasze wszystkie ulubione gatunki to nie przesada.

Bo jazz odkrywa dla siebie chyba każde kolejne pokolenie. Od muzyki czarnoskórych niewolników ewoluował do narodowego skarbu Stanów Zjednoczonych, ale w kraju nad Wisłą też miał się i ma całkiem nieźle. W latach 70. XX wieku Zbigniew Namysłowski czy Tomasz Stańko nagrywali płytę za płytę, a w latach 80.? Najpierw atak na Jarocin przypuściła formacja Young Power. W jej składzie grał znany ze współpracy z Tiltem i Brygadą Kryzys Aleksander Korecki czy wielki mag saksofonu Włodek Kiniorski. Chwilę później rodzi się Miłość i Rysiek Tymon Tymański wraz z Leszkiem Możdżerem pokazują, że młodzi czują jazz. Czują też słuchacze, bo dekadę później Możdżer jest już mega gwiazdą, a serca młodych kradną kolejne ekipy Wojtka Mazolewskiego. Ci jeszcze młodsi – jak świetna formacja EABS czyli Electro-Acoustic Beat Sessions debiutują kolejnym odczytaniem muzyki Komedy, zaś idący swoją drogą, znakomicie wykształcony wirtuoz Włodek Pawlik zdobywa jazzowe Grammy. Bo Polacy kochają jazz, a świat tę miłość docenia i zauważa. Zauważa to też nie tylko w Międzynarodowy Dzień Jazzu ale i na co dzień

#Zjerzonykulturą – Jerzy Doroszkiewicz